Czarno to widzę, czyli niełatwy temat na początek
Dobry wieczór!
Wiem, że dopiero zaczynam oraz, że to mój pierwszy wpis. Nie będzie on w żaden sposób redagowany, więc mogę jedynie mieć nadzieję, iż błędy, które oczywiście mogą się pojawić, nie będą za bardzo kuły w oczy.
Z czasem będę na pewno bardziej się przedstawiać i więcej o sobie mówić. Na tę chwilę wystarczy jedynie informacja, że wszelkie powiązania z edukacją formalną mam już za sobą.
Dlaczego to podkreślam? Robię to, ponieważ będzie to dziś ważne. Dziś chciałabym wtrącić kilka słów w dyskusję o edukacji właśnie. Nie będę jednak całkiem bezstronna. Z edukacją byłam dość ściśle związana i wciąż, w głębi duszy, czuję tę silną więź, która nie słabnie wraz z upływającym czasem. A może nawet wręcz przeciwnie?
Widząc to, co dzieje się w kraju, ta więź umacnia się, ale jednocześnie powoduje nieustanne poczucie dyskomfortu. Uwiera, boli, pali żywym ogniem. Raz będąc nauczycielem z powołania, zostaje się nim na zawsze, mimo porzucenia tego zawodu.
To trochę tak, jak nigdyś powiedziała moja koleżanka "stojąc na czerwonym świetle zdiagnozowałam czworo ludzi na przejściu, zanim się zorientowałam, że w ogóle to robię. To już chyba nałóg".
Mogę się z tym zgodzić. Edukacja dla wielu nauczycieli to nałóg. Silnie uzależnienie, do którego zawsze wracamy w ten, czy inny sposób. Pamiętając również, że każdy nałóg ma swoje konsekwencje i skutki uboczne, o których w tym wypadku nie mówi się głośno, a gdy już póbuje się to zrobić, szybko zostaje się zakrzyczanym przez społeczeństwo, które jak zawsze wie lepiej.
Dzisiaj, tj. 08.10.2021, stoimy w trudnym punkcie. Nauczyciele w szkołach walczą o resztki szacunku lub, w niektórych przypadkach, dawno się poddali i nie walczą już o nic, mówiąc, że robią swoje. A reszta? Reszta społeczeństwa ma różne poglądy, które czytając lub słysząc, często wstyd mi nawet przytaczać.
No, a co ze mną? Ja i mi podobni, choć podkreślam, że wypowiadać się mogę tylko za siebie, krzyczymy. Rozdzierający gęste od nadmiaru emocji powietrze krzyk nie jest jednak słyszany. Już dawno zostaliśmy zakrzyczani. Już dawno nas osądzono. Może więc czas, żebym i ja wydała swój osąd? Mogę to zrobić. Przecież i tak nikt tego nie przeczyta.
Krzyczę więc w tym poście, żeby głośno i wyraźnie powiedzieć, że nie zgadzam się na to, co dzieje się z dzisiejszą szkołą. Z edukacją w ogóle. Krzyczę, bo czarno to widzę. Światełko w tunelu powoli gaśnie, choć tak usilnie staram się w nie wpatrywać. Mam wrażenie, że łapię się, lub raczej próbuję się łapać, czegoś co dawno już nie istnieje. Dlatego właśnie spadam w dół, a mój krzyk, choć tak wyraźnie szumi mi w głowie, jest niemy.
Mamy wiele problemów. Wszyscy, bez wyjątku. To, czego jednak wielu nie chce zaakceptować to fakt, że mamy również problem z edukacją. Problem ten może być właśnie podstawą dla wielu innych zmartwień, ale to już osobny temat.
Jest tak wiele wątków, które chciałabym poruszyć, że na pewno nie zmieszczę się w jednym poście. W dwóch też nie. Jestem pewna, że powstanie o tym cała seria moich wypocin. Jeśli więc uważacie, Drodzy Czytelnicy, że mój głos może być wartościowy, przeczytajcie proszę to, co zdecydowałam się napisać. Może ktoś z Was będzie czuł się tak samo bezradny.
Może więc na początek zacznę dość łagodnie.
Tytuł tego bloga to obco brzmiące słowa Yamu Wo Enai (止むを得ない), czyli inaczej inevitable, a więc nieuchronny, nieunikniony. Dlaczego właśnie tych słów zdecydowałam się użyć? Bo to, że tu jesteśmy było nieuniknione. Edukacja również jest nieunikniona. Pamiętając, że edukacja to nie tylko ta formalna, podzielona na instytucje, klasy, poziomy... Edukacja to nauka wszystkiego, czego się podejmujemy. A uczymy się całe życie.
Co więc jest z tym nie tak, jeśli jest to nieuniknione? Ostatnimi czasy - mam wrażenie, że wszystko.
Traktujemy edukację, jako coś pewnego. Traktujemy ją często również po macoszemu. Przecież jest nam zapewniona konstytucyjnie, a poza tym, zawsze możemy dokształcić się na kursach, warsztatach, webinarach... To prawda i podkreślam, że to jest naprawdę super sprawa. Nie mniej jednak, wielu z nas, dorosłych, nie mówiąc już o dzieciach, podchodzi do edukacji z zasadą "trzech Z", czyli nieśmiertelne "zakuć-zdać-zapomnieć". Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie słyszał lub nie stosował się do tej żelaznej zasady.
No dobrze, ale co w tym złego, zapytacie. W zasadzie nic. Przynajmniej dopóki pierwsze "z" nie przekształci się w "ś". "Ściągnąć-zdać-zapomnieć", choć tu właściwie nie mamy nawet czego zapominać, bo nigdy nie podeszliśmy poważnie do samej nauki. Jestem dziwnym człowiekiem. Ściągę zrobiłam może trzy lub cztery razy w życiu, ale nie skorzystałam z niej ani razu.
Nawet w naszym języku ściąganie nie jest napiętnowane, a to język kreuje nam rzeczywistość. W końcu słowo "ściągać" ma kilka znaczeń i nie są one nacechowane emocjonalnie, w przeciwieństwie do chociażby angielskiego odpowiednika tego słowa - "cheating". W angielskim "cheating" to nie tylko ściąganie na teście, to również oszukiwanie, a także zdrada (partnera). Widzimy więc wyraźną różnicę.
Co to ma do rzeczy? O dziwo, bardzo dużo. O tym problemie mówi się od lat, ale jest on bagatelizowany i spychany na margines, a wszelkie próby zaostrzenia jakichkolwiek przepisów dotyczących ściągania kończy się sprzeciwem ze strony rodziców i zakrzyczaniem nauczyciela. Przecież to tylko jeden sprawdzian, jeden test, jedno zadanie... Ale nikt z nas nie chciałby myśleć, że lekarz, u którego właśnie jesteśmy, ściągał na kolokwium i tak naprawdę nie ma pojęcia, co nam jest, bo serial był ciekawszy niż podręcznik. Albo nikt z nas nie chciałby iść do masażysty czy fizjoterapeuty, który jakimś cudem wniósł super ściągę na egzamin z anatomii i nie jest do końca pewny, jakie mięśnie, ścięgna i tkanki są gdzie, a do tego w którą stronę należy bądź nie wolno wykonywać ruchów.
To już nie brzmi tak super. Mówi się, że rynek ich zweryfikuje, ale to nie do końca tak. Wystarczy konkurencyjna cena, dogodna lokalizacja albo sprawianie dobrego wrażenia i już, ludzie zawsze się znajdą.
Czasem nawet dziwimy się, jakim cudem dana osoba pracuje w zawodzie. No jak to, jak? Zdała egzaminy. Jak zdała? Oszukując. No, ale przecież to wciąż jeden sprawdzian, jeden test, jedno zadanie...
Prawdę mówiąc, nie do końca o tym chciałam dzisiaj pisać, ale w mojej głowie kłębią się setki myśli, które bardzo ciężko jest uporządkować.
Wiem, że tym, jak i kolejnymi postami, będę wsadzac kij w mrowisko, ale uważam, że ktoś musi go wsadzić.
Nasza formalna edukacja umiera. Nie zmienia się, nie ewoluuje, nie przechodzi generalnego remontu, odnowy czy czego tam jeszcze. Ona umiera, a my na to patrzymy. Co więcej, są ludzie, którzy raźnie temu przyklaskują, nie widząc pewnych trendów. Ci ludzie nigdy nie dotrą do tego bloga, a nawet jeśli dotrą, nie wyciągną stąd wiele.
Nie mniej jednak, dla spokoju własnego sumienia, będę pisać i do nich.
Chcę w najbliższych dniach poruszyć tematy takie jak stawki nauczycieli (nie tylko w szkołach publicznych w edukacji obowiązkowej), kształcenie nauczycieli i jego kompletna nieprzystawalność do rzeczywistości szkolnej, wychowanie, szacunek, organizacja życia szkolnego... i prawdopodobnie wiele innych, ale te obecnie są dla mnie niejako priorytetowe.
Mam nadzieję, że obecne obskurnactwo, wtórny analfabetyzm czy całe to ogłupianie znikną. Mam nadzieję, że edukacja podniesie się z kolan, a właściwie teraz to już z pozycji leżącej.
Powtórzę jeszcze raz, edukacja umiera. Od nas zależy, czy będziemy dla niej respiratorem czy pogrążoną w żałobie wdową.
Komentarze
Prześlij komentarz